Start z boiska

Po technikum elektronicznym kolejną szkołą miała być AWF. Siatkówka to moja pasja. Grałem w Płomieniu Milowice – jedynej polskiej drużynie, która zdobyła Puchar Europy. Jednak zmieniłem zdanie i wybrałem ekonomię – opowiada. Najpierw chciał zdawać na katowicką Akademię Ekonomiczną, potem krakowską AGH. I wtedy wpadł mi w ręce tygodnik „Wprost”. W rankingu szkół ekonomicznych WSB-NLU była na pierwszym miejscu – wspomina. Natychmiast zabrał z AGH swoje świadectwo maturalne i jeszcze tego samego dnia zawiózł papiery do Nowego Sącza. Najważniejszą lekcję, która przydała się na całe życie dostał jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Wówczas, w zależności od stopnia znajomości języka, zmieniał się nieco program studiów. Angielskiego uczyłem się tylko pół roku, ale zaryzykowałem i udało się. Koledzy, którzy znali angielski lepiej, bali się tego egzaminu i w konsekwencji zdobyłem licencjat szybciej niż oni. Nauczyłem się, że warto podjąć ryzyko, bo można tylko zyskać – uśmiecha się.

W czasie studiów, po zajęciach, zajmował się praktyczną nauką biznesu. Wspólnie z kolegą, Marcinem Łaskawskim, założył kawiarenkę zwaną „Barem u Bolka
i Lolka” (Bolkiem nazywano Grzegorza, z racji wzrostu, jego wspólnik miał cechy upodabniające go do drugiego z bohaterów popularnej kreskówki).

Nie zaniedbywał ukochanej siatkówki. A rezultaty uprawiania sportu przeszły jego najśmielsze oczekiwania. Podczas któregoś meczu kolega zapytał, czy może przyprowadzić znajomą, studentkę z naszej szkoły. I tak poznałem Agatę, moją żonę – opowiada. Na parkiecie zdobył także pracę. Po studiach przeniosłem się do Warszawy i tam dostałem dwie poważne oferty pracy. Z pierwszej (asystenta prezesa zarządu PKN-u Orlen) zrezygnowałem, bo za oferowane wynagrodzenie nie mógłbym się utrzymać. Potem rozmawiałem z Shellem (opieka nad projektem lojalnościowym Smart). Miałem już zaczynać pracę, gdy nagle zadzwonili i powiedzieli, że znaleźli kogoś innego – opowiada. Chcąc coś zrobić
z wolnym czasem, zaczął chodzić na siatkówkę. Trafił do na wpół amatorskiej drużyny Citibanku.

Po którymś meczu kolega z drużyny zapytał mnie, gdzie pracuję. Rozmawialiśmy też o studiach, które kończyłem. Powiedział, żeby natychmiast zadzwonić do jego znajomego, bo on akurat szuka kogoś z moim wykształceniem – opowiada.

I tak z boiska trafił do bankowości, gdzie spędził jedenaście lat. Przełomową
z punktu widzenia kariery była zmiana pracy z Citi na HSBC. Tutaj przez trzy lata nauczył się kilka razy więcej niż przez poprzednie siedem lat pracy. To był najbardziej dynamiczny okres w moim zawodowym życiu – przyznaje – poznałem wielu wspaniałych menadżerów z wieloletnim doświadczaniem. Gdy w Polsce zamknięto bankowość detaliczną grupy HSBC, stanął na rozdrożu – co teraz? Przez kolejny przypadek otrzymał zaproszenie na spotkanie w małej, czarterowej linii lotniczej. I stało się: branża lotnicza wciągnęła go na całego. Od kilku dni codziennie uczę się wszystkiego od początku – mówi. – Już wiem, jak bardzo fascynujące jest latanie. Czy aż tak, żeby spędzić w tej branży kolejne dziesięć lat? Czas pokaże. Tutaj zetknąłem się z wieloma fascynującymi ludźmi, pełnymi pasji i otwartości. Dlatego wolę mniejszą firmę od korporacji.

Jako zapalony siatkarz wygrał wiele: w trakcie meczu dostał zaproszenie na rozmowę o pracę, w drużynie siatkarskiej poznał swoją żonę. Siatkówka towarzyszy również jego rodzinie: cztery córki wychowują się wśród wszechobecnych w domu piłek, latem w ogrodzie rozgrywane są rodzinne mecze. Najstarsza córka, piętnastoletnia Nadia, jest jedną z najlepszych siatkarek w swoim roczniku
w Polsce, a dziesięcioletnia Julka robi już teraz duże postępy. Mam nadzieję, że młodsze córki, Maja i Marysia, pokochają ten sport tak jak ja.